Jeżeli w każdej z tych grup są zaburzone relacje, to w przypadku pojawienia się myśli samobójczych może istnieć duże prawdopodobieństwo podjęcia się próby odebrania sobie życia. W domu rodzice się kłócą, czego dziecko jest świadkiem – może myśleć, że to ono jest temu winne, w szkole ma problemy w nauce, w dodatku
Czy jak mam wszystko powyłączane, siedzę z dala od gniazdek, lamp, metalowych rzeczy, to może mnie zabić piorun np. że strzeli w dach, i przejdzie jak duch przez sufit, i na mnie trafi? Zobacz 8 odpowiedzi na pytanie: Czy będąc w domu może mnie zabić piorun?
Mamo, czy mogę zabić? w telewizji. Rozwiń. Premiera. Niedziela 03.12.2023 21:00. Investigation Discovery (ID)
Vay Tiền Nhanh. Są alergie, które są niebezpieczne. Najbardziej dramatyczny przebieg alergii to jest anafilaksja, która – kończąc się wstrząsem anafilaktycznym – może doprowadzić w bardzo szybkim czasie do zgonu – powiedział PAP prof. Bolesław Samoliński, alergolog, otolaryngolog, specjalista zdrowia publicznego. PAP: Czy alergia może zabić człowieka? Prof. Bolesław Samoliński: Są alergie, które są niebezpieczne. Najbardziej dramatyczny przebieg alergii to jest anafilaksja, która – kończąc się wstrząsem anafilaktycznym – może doprowadzić w bardzo szybkim czasie do zgonu. Ale są też i takie postacie, jak np. astma oskrzelowa, przy której zdarzają się incydenty, że pacjent ma tak gwałtowny i silny skurcz oskrzeli, iż powietrze nie dochodzi do pęcherzyków płucnych, nie ma wymiany tlenowej i człowiek się po prostu dusi. Konkludując: zarówno z powodu astmy, jak i wstrząsu anafilaktycznego, alergicy mogą odejść. PAP: Co wywołuje najczęściej wstrząs anafilaktyczny – użądlenia owadów błonkoskrzydłych? U dorosłych takie reakcje na jad os, pszczół czy szerszeni zdarzają się częściej, niż u dzieci, u których takie ryzykowne reakcje ogólnoustrojowe występują raczej po spożyciu pokarmów. A niektóre pokarmy potrafią bardzo uczulać – np. orzeszki ziemne – wywołując wstrząs anafilaktyczny. Mamy dramatyczne opisy w literaturze, które pokazują, że nawet nie trzeba spożyć tego orzeszka, wystarczy być w bezpośrednim sąsiedztwie osoby, która je spożywa i sam pył unoszący się w powietrzu może być tak silnie alergizujący, że doprowadzi do silnej reakcji anafilaktycznej. Zdarzają się także wstrząsy po podaniu leków, zwłaszcza dożylnie – dostarczamy tu bezpośrednio do organizmu substancję, która w bardzo dramatyczny sposób potrafi wywołać reakcję ogólnoustrojową. Natomiast jady owadów błonkoskrzydłych są bardzo ciekawym alergenem, gdyż jeżeli możemy się chronić przed orzeszkami, mlekiem czy czekoladą po prostu ich nie jedząc, możemy wiedzieć, że pewnych leków nie wolno nam brać, to jesteśmy trochę bezbronni wobec tego, że jakaś osa pojawi się w naszym otoczeniu. Reakcja uczuleniowa rozwija się w takiej sytuacji błyskawicznie, w ciągu kilku – kilkunastu minut może być już za późno, żeby uratować użądlonego. PAP: Czy może się zdarzyć, że choć jako dziecko nie byłam uczulona na jad błonkoskrzydłych, to dziś mój organizm dorosłej osoby może zareagować na użądlenie wstrząsem, a ja po prostu o tym nie wiem? Zwykle pacjenci wiedzą, ale faktycznie jest tak, jak pani mówi – we wczesnym dzieciństwie możemy nie reagować na jad błonkoskrzydłych i dopiero później się uczulić. Bo z alergią jest tak, że jest to choroba zależna od środowiska. Geny oczywiście mają swoje znaczenie, ale to środowisko decyduje, na co się uczulamy, gdyż jak się rodzimy, nie mamy żadnego uczulenia – dopiero później je nabywamy z powodu kolejnych kontaktów z alergenem. Przy pierwszym kontakcie – niezależnie od tego, czy jest to jad szerszenia, czy orzeszki – nie wystąpi żadna reakcja. PAP: To oznacza, że jeżeli jestem miłośniczką orzeszków arachidowych i jem ich dużo, to się w końcu na nie uczulę? Tak właśnie jest, i dlatego w Stanach Zjednoczonych, gdzie się spożywa ich faktycznie dużo, alergii na nie też jest sporo. Tam są liczne towarzystwa osób uczulonych na orzeszki, grupy wsparcia, zakładane są portale, na których pacjenci się wzajemnie informują, w jaki sposób ograniczyć potencjalny kontakt z alergenem. Są porady stosowane bezpośrednio do dzieci typu: „Nigdy nie jedz kanapek oferowanych ci przez kolegów, bo nie wiesz, co tam jest”. Natomiast prezydent Obama wydał dekret, aby w szkołach amerykańskich umieścić na ścianie gablotę ze strzykawką zawierającą adrenalinę, obok wisi tablica, na której są zdjęcia dzieci z anafilaksją na skutek zażycia jakiegoś alergenu i napis: „Jeżeli John tak wygląda, zbij szybkę i podaj mu lek w taki a taki sposób”. PAP: Jeśli jesteśmy już przy adrenalinie, to – czy w myśl zasady, że paranoicy żyją dłużej – mogę pójść do apteki, żeby nabyć ten specyfik i nosić go zawsze przy sobie? Adrenalina jest lekiem recepturowym, więc nie można wejść do apteki i tak sobie ją nabyć. Jeśli ktoś nie miał nigdy żadnej reakcji anafilaktycznej, nie ma żadnego uzasadnienia, żeby ją kupował. Ryzyko wystąpienia takiej reakcji wynosi jeden na 300 tys. obywateli, natomiast takiej zagrażającej życiu – jeden na milion, a nawet rzadziej. Łatwo więc policzyć, że masowa sprzedaż adrenaliny i masowe zabezpieczenie populacji kompletnie nie mają sensu. Muszą być medyczne podstawy, żeby zaopatrzyć kogoś w adrenalinę. PAP: Jeśli wiadomo, że ktoś jest na coś bardzo uczulony, to czy może się odczulić? To zależy od alergenu. Na leki w ogóle nie odczulamy, nie ma takiej metody. Jeśli chodzi o jady owadów błonkoskrzydłych, to odczulanie pacjenta powinno być wykonane ze wskazań życiowych. Pacjenci uczuleni na jad osy, pszczoły, szerszenia, a w USA także ognistych mrówek, tzw. fire ants, powinni koniecznie skorzystać z tej metody, nota bene bardzo skutecznej, gdyż po zakończeniu leczenia przechodzi się test polegający na tym, że specjalnie się prowokuje użądlenie owada, który był przyczyną nadwrażliwości – efektem jest kompletna anergia, czyli brak reakcji. Niestety, problem jest z alergenami pokarmowymi, choć są pewne próby radzenia sobie z nimi. Taka najbardziej zaawansowana metoda lecznicza odczulania jest na orzeszki ziemne. Niektórzy się śmieją, że po tym odczulaniu pacjent może zjeść dwa-trzy orzeszki, bo mniej więcej taki efekt uzyskujemy. Problem w tym, że przy alergii na orzeszki, jak już mówiłem, śladowe ich ilości mogą wywołać wstrząs anafilaktyczny, a w rezultacie zgon, więc jeśli pacjenta odczulimy to nie po to, żeby się zajadał orzeszkami, tylko po to, aby go przypadkiem nie zabiły. PAP: Wyobrażam sobie, iż sama świadomość, że jest jakaś substancja, która może nas zabić, kiepsko wpływa na psychikę. To jest paraliżujące. Miałem pacjentkę, młodą kobietę, zdolną studentkę, a wkrótce pracownika naukowego – jak się okazało, była uczulona na selera, po spożyciu którego dostała wstrząsu anafilaktycznego. Po tym przeżyciu bała się cokolwiek zjeść, trudno było ją przekonać, że jest tylko jeden alergen, który jej szkodzi. Była przerażona, wprowadziła restrykcyjną dietę, która powodowała niedobory w jej organizmie. Wykonałem u tej pacjentki szeroką diagnostykę – nie w celu wykrycia nowych alergenów, choć i to mogło się zdarzyć, tylko po to, aby ją uspokoić, przekonać, że jest wiele pokarmów, które może bezpiecznie spożywać. PAP: Odwzajemnię się taką historią: pewien pan nie mógł spożywać alkoholu, gdyż bardzo po nim chorował, puchł cały, natomiast abstynencja bardzo szkodziła mu w interesach. Postanowiono go przebadać, bo niby dlaczego zdrowy chłop nie może. I okazało się, że mógł pić wódkę, ale pod warunkiem, że nie zakąszał jej koreczkami serowymi, które kilka dekad temu były bardzo popularne na zakrapianych imprezach. To jest znakomity przykład, jak trudnym zagadnieniem jest alergologia, gdzie specjalista wciela się w rolę detektywa na tropie zbrodniarza. Czysty alkohol – spirytus czy czysta wódka – jeżeli nie ma domieszek, nie uczula, nie powoduje więc reakcji ogólnoustrojowych. Natomiast jest czynnikiem spustowym, co oznacza, że jeżeli ktoś zje substancję uczulającą i popije to alkoholem, to ma zwiększone ryzyko reakcji anafilaktycznej. Takimi czynnikami spustowymi są też wysiłek fizyczny i zmęczenie. Nie ma oczywiście uczulenia na zmęczenie, ale jest reakcja – organizm pacjenta łatwiej reaguje na alergen. W przypadku alkoholu może być tak, że normalnie człowiek będzie spożywał jakąś substancję i nie będzie żadnej reakcji, a jeśli będzie, to łagodna, natomiast po zalaniu środka alergizującego „procentami” organizm może zareagować dramatycznie. PAP: Nie myślałam, że alergologia jest tak fascynująca… To opowiem pani inną historię, która wprawdzie nie wiąże się ze wstrząsem anafilaktycznym, tylko alergiczną wysypką. Jest opisany przypadek pacjenta, który uważał, że ma uczulenie na własnego kota, ponieważ po każdym kontakcie ze zwierzęciem dostawał na skórze wysypki. Jednak testy alergiczne wykazały, że on nie ma uczulenia na kota. To skąd ta wysypka? Swędząca, typowo alergiczna? Okazało się, że w uszach kota zagnieździły się roztocze zwane Otodectes, i to właśnie one uczulały pacjenta. Mógł sobie dalej żyć z kotem, wystarczyło wytępić roztocze w uszach. Często się zdarza, że pacjent przychodzi i mówi, iż ma uczulenie na to i na to, a my nie możemy tego potwierdzić w badaniach, dopiero skrupulatne śledztwo, uzupełnione testami laboratoryjnymi, pozwala wykryć czynnik sprawczy, który często okazuje się czymś, co „przy okazji” występuje. PAP: Nie poruszyliśmy jeszcze kwestii alergii wziewnych, a przecież te pyłki, które fruwają w powietrzu, też nas mogą zabić. Czy jest ratunek dla biednych alergików? Astma oskrzelowa to ciężka choroba alergiczna, zresztą są jej różne odmiany – łagodna, incydentalna, przewlekła… No i oczywiście ta ciężka, która na szczęście nie jest bardzo częsta – jeden na 100 przypadków astmy ma ciężką postać, pozostałe 99, nawet jeśli są zaostrzenia, jeśli pacjent się źle czuje, to najczęściej choroba jest źle kontrolowana, czyli niewłaściwe leki są stosowane, albo po prostu pacjent leków nie bierze. Natomiast astma ciężka to taka, że choć dajemy leki, to efektu nie ma. Robiliśmy badania, w których porównywaliśmy ciężkie przebiegi alergii i wyszło, że ci „ciężcy” pacjenci mają bardzo dużo skomplikowanych uczuleń, z wieloma reakcjami krzyżowymi, dlatego tak bardzo chorują. Jest też postać astmy niealergicznej, gdzie żaden alergen nie działa na organizm, i w grupie tych pacjentów przebieg choroby jest łagodniejszy, niż wśród alergików. PAP: Może się więc zdarzyć, że ktoś jest uczulony jednocześnie na pyłki traw, sierść swojego psa i jeszcze na truskawki? Tak, to jest tzw. polisensytyzacja, czyli uczulenie na wiele alergenów naraz. Jest to zjawisko, któremu towarzyszy wielochorobowość alergiczna, czyli współwystępowanie różnych postaci alergii. Można mieć izolowaną astmę alergiczną, jest to rzadkie, ale się zdarza, można mieć tylko katar alergiczny, można mieć tylko alergię pokarmową z objawami skórnymi, ale można mieć też jednocześnie zapalenie spojówek, katar, astmę, i jeszcze w dodatku atopowe zapalenie skóry. PAP: I do tego biegunkę… Ona jest konsekwencją alergii pokarmowej, ale tak, zgadza się, biegunka też może być, co jest typowe dla pacjentów, którzy mają tę polisensytyzację. Im mniej alergenów uczula danego pacjenta, tym jego stan jest lepszy i na odwrót – im więcej, tym jego stan jest gorszy i trudnej takiego pacjenta prowadzić. PAP: Ludzie często lekceważą alergię, mówią: nic mu nie jest, jakieś wymysły. Słusznie? Trzeba mieć do tego zdrowy stosunek. Większość pacjentów ma łagodną postać alergii, nie potrzebują odczulania, tylko incydentalnie, kiedy niewielkie objawy się pojawią, wystarczy, że wezmą tabletkę leku przeciwalergicznego. Jeśli jednak pacjent ma objawy alergii częściej, niż raz w tygodniu, szczególnie astmy, wtedy mówimy już o umiarkowanej postaci, albo jeszcze gorzej – o przewlekłej bądź ciężkiej. Taki pacjent powinien trafić do lekarza. Zresztą – każdy pacjent z alergią powinien do niego trafić, aby wiedzieć, na co jest uczulony, co pozwala na najlepszą i najtańszą metodę leczniczą, jaką jest unikanie alergenu. Jeśli jednak mamy umiarkowaną, najczęściej występującą postać alergii, która ma przewlekły charakter – czyli gdy objawy występują łącznie częściej, niż przez cztery tygodnie w roku – to taki pacjent wymaga specjalistycznej opieki, rozważenia odczulania, jeśli jest ono możliwe, stałego podawania leków. Przy czym nie chodzi o to, że objawy muszą występować jednym ciągiem, sumujemy ich występowanie przez cały rok: np. ma uczulenie na brzozę, a ona pyli dwa tygodnie, więc ma przez dwa tygodnie objawy, a do tego dołącza się uczulenie na trawy, a one pylą około miesiąca, to już w tym momencie mamy przewlekły charakter tego uczulenia. A jeśli taki chory ma uczulenie na jeszcze inne alergeny powietrznopochodne, to on może chorować od lutego do września, czyli ponad pół roku. PAP: Dlaczego pacjent, który ma często incydenty alergii i długo utrzymujące się objawy powinien stale przyjmować leki? Dlatego, że alergia jest samonakręcającą się chorobą. Jeżeli mam problem z alergenem i ten kontakt się powtarza, to każdy następny będzie powodował jeszcze większe zapalenie alergiczne. To się po angielsku nazywa priming effect, czyli efekt wzmocnienia, który obserwujemy u naszych chorych. Mamy różne grupy leków – np. przeciwhistaminowe, które są w postaci tabletek, szybko działają, ale tylko na pewien fragment zapalenia alergicznego, nie tłumią go całkowicie. A te, które zostaje, jest najgorsze – tzw. zapalenie eozynofilowe, odpowiadające za astmę oskrzelową, w którym komórki układu immunologicznego powodują destrukcję tkanek. Dlatego to zapalenie musi być stłumione, nie możemy go zostawić, bo pacjent będzie coraz bardziej chory, więc jedyną strategią jest włączenie leków przeciwzapalnych, sterydów. Pacjenci się martwią, czy te sterydy im nie zaszkodzą, nie zniszczą organizmu, ale uspokoję: mamy bardzo nowoczesne leki, one działają selektywnie, nie na cały organizm, w dodatku są metabolizowane w 99 proc., w związku z czym mają bardzo wysoki profil bezpieczeństwa przy dobrej skuteczności. Taki pacjent powinien być jednak pod stałą opieką lekarza, który będzie monitorował jego stan zdrowia, w razie potrzeby regulował dawki leków etc. To jest zresztą grupa pacjentów, która idealnie nadaje się do odczulania, jeśli z jakichś powodów nie ma do tego przeciwskazań. Bo przewlekły charakter alergii, np. na roztocze z kurzu domowego, pyłki kwitnących roślin, to są idealne modele do skutecznego odczulania – podając szczepionkę zmieniamy reaktywność pacjenta, ten staje się mniej wrażliwy na alergen. PAP: A co, jeśli mamy do czynienia z pacjentem, który jest uczulony na wszystko, na „świat”? Tutaj nie ma dobrych rokowań. Możemy próbować, ale tacy pacjenci wymagają większego skupienia i większego doświadczenia ze strony lekarzy, którzy muszą podjąć decyzję, czy w ogóle da się ich odczulić, a jeśli tak, to w jaki sposób – to jest już górna liga specjalistów. Natomiast czasem tych uczuleń jest tyle, iż odczulanie nie ma sensu – odczulę na jedno, a pacjent będzie nadal chorował, bo jest uczulony na inne alergeny. Odczulę na kolejne, ale on jeszcze na inne jest uczulony. Polisensytyzacja redukuje szanse wyleczenia. To ma szczególne znaczenie przy alergii, która objawia się atopowym zapaleniem skóry – w przypadku takich pacjentów odczulanie ma sens tylko wtedy, jeśli mają oni uczulenie na jeden alergen. Natomiast, jeśli pacjent jest uczulony na wiele alergenów, i to pokarmowych, do tego dochodzą uczulenia na alergeny powietrznopochodne, najczęściej roztocze, to na skuteczne odczulenie nie ma większych szans. Wprawdzie atopowe zapalenie skóry nie jest chorobą śmiertelną, ale ona tak potrafi zniszczyć życie człowiekowi, że odechciewa mu się żyć. Wyobraźmy sobie młode dziewczyny, które mają chropowatą, swędzącą skórę, nie mogą się wyspać, siada im psychika, czują się inne, wstydzą się swojego wyglądu, a czynnik psychiczny nasila jeszcze te dolegliwości, więc się drapią. Ostatnio przeczytałem wypowiedź mojego kolegi po fachu, prof. Jacka Szepietowskiego, i w stu procentach się z nią zgadzam – świąd jest jednym z najgorszych objawów, jakie występują. Można samobójstwo z tego powodu popełnić, jeżeli człowiek nie opanuje świądu. A świąd jest integralną częścią alergii skórnej. PAP: Można komuś, kto cierpi ból, dać tabletkę przeciwbólową, ale czy są tabletki na świąd? Są, ale nie tak skuteczne, jak leki przeciwbólowe. Ból jest łatwiej opanować, więc jest on mniejszym problemem, niż świąd. W najgorszym przypadku mamy narkotyczne leki przeciwbólowe, którymi potrafimy najsilniejszy ból opanować. W przypadku świądu nie potrafimy osiągnąć pełnego sukcesu. No i problem jest w tym, że te leki przeciwświądowe bardzo upośledzają sprawność funkcjonowania pacjenta, gdyż są to zwykle środki uspokajające, więc pacjent będzie wciąż spał. Rozmawiała: Mira Suchodolska (PAP) Autorka: Mira Suchodolska
Komputery świetnie radzą sobie z obliczeniami. Tak naprawdę nie potrafią nic poza tym. Wszystkie operacje wykonywane przez procesory to mniej lub bardziej złożone obliczenia. Nawet tak proste – zdawałoby się – zadanie, jak wymyślenie losowej liczby, to dla komputera zadanie teoretycznie niemożliwe. Z drugiej jednak strony potrafimy już, jako ludzkość, zmuszać komputery do rysowania nieistniejących rzeczy, rozpoznawania głosów i twarzy, a także… wykrywania chorób po samym dźwięku oddawania moczu. To wszystko za sprawą obliczeń. Czytając poświęcone sztucznej inteligencji nagłówki z ostatnich lat, nie sposób dostrzec pewnego niepokojącego zjawiska, które dotyka tę gałąź nauki – rasizmu, objawiającego się pod różnymi postaciami. Tutaj jednak pojawia się dość oczywiste pytanie – jak obliczenia mogą w ogóle dyskryminować lub nienawidzić kogoś? Odpowiedź jest bardzo złożona. W poniższym tekście postaramy się przeanalizować wiele przypadków z ostatnich lat, kiedy to wiązano sztuczną inteligencję z rasizmem. Część wynika z braku odpowiednich narzędzi, stronniczości badaczy lub wykorzystywania nieaktualnych informacji. Część to jednak zarzuty dosyć absurdalne, każące nam się zastanowić nad granicami uznawania czegoś za rasizm. Człowiek czy goryl? Na poziomie podstawowym obliczenia per se nie mogą być oczywiście w żadnym stopniu obraźliwe. Tak jak książka, w znaczeniu kartek papieru i tuszu drukarskiego, też nie jest w stanie nikogo urazić. Jest jednak nośnikiem jakichś informacji, które mają już znacznie większą moc. Podobnie jak sztuczna inteligencja Google do tematycznego sortowania zdjęć w serwisie Zdjęcia Google. W 2015 r. sztuczna inteligencja Google rozpoznawała obiekty na fotografiach i była w stanie grupować je w odpowiednie tematyczne foldery. Rozpoznawała zdjęcia psów, jedzenia, samochodów i imprezowe selfie. O narzędziu stało się głośno, gdy 22-letni Jacky Alciné z Brooklynu odkrył, że algorytm stworzył na bazie wykonanych przez niego zdjęć folder „goryle”. Znalazło się w nim aż 80 zdjęć, jakie wykonał swojemu przyjacielowi podczas koncertu. Ten przyjaciel był Afroamerykaninem. Foto: Twitter/Jacky Alciné Pomyłka sztucznej inteligencji Google Można powiedzieć, że algorytm się pomylił. Wykonywał jednak jedynie obliczenia, operując na danych, które miał. Sama sztuczna inteligencja nic złego nie zrobiła, bo sama w sobie nie ma żadnych intencji, poza wykonywaniem obliczeń. Co więc nie zadziałało tak, jak powinno? Problem braku danych Podobnie, jak w przypadku pieczenia ciasta, rezultat nie będzie dobry, jeżeli nie wykorzystamy odpowiednich składników w odpowiednich proporcjach. Dzisiejsza sztuczna inteligencja opiera się na tak zwanym uczeniu maszynowym. Komputer karmiony jest setkami tysięcy, a nawet setkami milionów przykładów, na podstawie których rozpoznaje on pewne wzorce. Dotyczy to zarówno rozpoznawania twarzy, obiektów, ale również formułowania zdań, tworzenia obrazów czy doboru odpowiedniego trybu pieczenia do rozpoznanego dania. Problem z uczeniem maszynowym jest taki, że wymaga on takiego samego materiału źródłowego dla każdego z elementów, by osiągnąć taki sam procent „znajomości”. Weźmy na przykład Google Translate i znajomość języków. Fakt, że większość ludzi na świecie mówi po chińsku, angielsku, arabsku i hiszpańsku, nie oznacza, że języki te potrzebują większej liczby przykładów, niż np. język litewski. Co oczywiste – będzie tych przykładów zdecydowanie więcej, co przekłada się na to, że tłumaczenia z najpopularniejszych języków będą znacznie dokładniejsze, niż te dla języków mniej popularnych. Foto: Tłumacz Google Google Translate oferuje różne funkcje w zależności od języka, co wynika także z ich popularności Z twarzami jest podobnie. Jeżeli chcemy uzyskiwać podobne wyniki trafności np. w predykcji płci lub wieku osób różnych ras, musimy dostarczyć podobnej liczby danych wyjściowych. Nie ma więc znaczenia, że np. Inuici stanowią relatywnie niewielką grupę etniczną. Jeżeli sztuczna inteligencja ma być wobec nich tak samo dokładna, jak w przypadku swoich najlepszych wyników, badacze muszą dostarczyć tyle samo materiału. Jaki jest z tym problem? Taki, że naukowcy zwykle tego… nie robią. Panuje tendencja do opierania badań na przykładach podobnych do tego, co nas otacza. W Stanach Zjednoczonych większość inżynierów to biali mężczyźni. W Azji tendencja jednorodności jest jeszcze bardziej wyraźna. Oznacza to, że – w przypadku uczenia maszynowego mającego np. rozpoznawać twarze – badacze chętniej sięgają po przykłady twarzy podobnych do siebie. Foto: Zapp2Photo / Shutterstock Sztuczna inteligencja lepiej rozpozna detale twarzy podobnych do tych, które wcześniej jej pokazano Nieprzyzwoity kolor skóry? Jak może się to skończyć? Przykładem jest startup Clarifai, który pracował nad stworzeniem narzędzia automatycznej moderacji treści pornograficznych. Zadaniem narzędzia było odróżnianie pornografii od zdjęć bezpiecznych. Gdy do startupu w 2017 r. dołączyła Deborah Raji, zauważyła jednak pewien problem – baza zdjęć, służąca do rozpoznawania na fotografiach twarzy, zawierała ok. 80 proc. białych osób, z czego ponad dwie trzecie to mężczyźni. Foto: Clarifai Automatyczne moderowanie treści na stronach to jedno z flagowych narzędzi Clarifai Podobna dysproporcja pojawiła się przy właściwym uczeniu maszynowym, które miało rozpoznawać niewłaściwe treści. Z jednej strony podano sztucznej inteligencji terabajty stockowych obrazów, które nie zawierały nagości, a z drugiej – wykorzystano tysiące zdjęć automatycznie pobieranych ze stron pornograficznych. Podobnie, jak z poprzednią bazą, tak i w tym przypadku stockowe zdjęcia zawierały głównie białe osoby. W przypadku zdjęć dla dorosłych dysproporcja nie była aż tak duża. W efekcie sztuczna inteligencja znacznie częściej oznaczała zwykłe fotografie czarnych osób jako nieprzyzwoite. Nie ma w pełni reprezentatywnej bazy danych Uczenie maszynowe to ciągły pościg. Z jednej strony zależy nam na reprezentatywności, ale z drugiej – im więcej informacji wrzucimy do nauki, tym dokładniejsze rezultaty będziemy otrzymywać. Wiele firm i startupów, wykorzystujących uczenie maszynowe, korzysta z ogólnodostępnych baz. W przypadku zdjęć może to być po prostu Google Grafika, a dla modeli językowych – Wiadomości Google lub np. Wikipedia. Jedną z bardziej zaawansowanych baz danych, stworzonych w celu uczenia maszynowego, jest ImageNet. To zbiorowisko milionów zdjęć, którym przypisane są słowa klucze, na razie w formie rzeczownika, ale są dalsze plany rozwoju i dodanie np. informacji o czynnościach wykonywanych na fotografiach. Problem polega jednak na tym, że aż 45 proc. grafik w bazie ImageNet pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, gdzie zamieszkuje zaledwie 4 proc. populacji świata. Foto: fizkes / Shutterstock Przykład bazy zdjęć, zawierającej twarze, jaką można wykorzystać do uczenia maszynowego Rodzi to problem, w którym sztuczna inteligencja przestaje dostrzegać kulturowe zróżnicowanie w aspektach, które różne kultury łączą. Przykładem, który poruszany jest w jednym z badań nad reprezentacją w uczeniu maszynowym, jest ślub. Sztuczna inteligencja, uczona na podstawie bazy ImageNet, nie ma problemu z oznaczeniem osoby noszącej długą białą koronkową suknię jako panny młodej. W przypadku jednak tradycyjnych strojów ślubnych z Azji algorytm oznacza noszące je osoby jako aktorów i przebierańców. Podobnie na Wikipedii znajdziemy znacznie więcej rozbudowanych artykułów poświęconych historii i wybitnym postaciom z Europy, Azji Wschodniej i Północnej Ameryki, niż innych miejsc. Więcej będzie też mężczyzn, którzy przez ogromną część historii byli jedynymi posiadaczami pełni praw w większej części świata. Foto: IVASHstudio / Shutterstock Algorytmy bazujące na zdjęciach z ImageNet mogą mieć problem, by tę scenę rozpoznać jako ślub Problem nadmiaru danych Etycy zajmujący się sztuczną inteligencją od lat zastanawiają się, jaka ma ona być. Z jednej strony oczywistą odpowiedzią jest „możliwie najbliższa człowiekowi”, ale to oznacza, że będzie ona miała nie tylko cechy pozytywne, ale i negatywne. Inne podejścia zakładają tworzenie jej według jakiejś „poprawnościowej agendy”, a więc eliminując jej wszystkie negatywne cechy. To z kolei podejście bardzo trudne. Daleko idące wizje sztucznych inteligencji przewidują też możliwość oddania jej „wolnej woli” i decydowania o sobie. Czy jednak na pewno spodoba nam się rezultat? Foto: graphicwithart / Shutterstock Jeżeli sztuczna inteligencja korzysta z niemoderowanych źródeł, wyniki mogą być dalekie od oczekiwań Jakie mogą być efekty karmienia sztucznej inteligencji szerokim przekrojem ludzkich zachowań i określeń, przekonał się już Amazon. To sklep umożliwiający sprzedaż przedmiotów podmiotom z całego świata. Jedną z ciekawszych cech serwisu jest algorytm do tłumaczenia nazw i opisów przedmiotów z języka sprzedawcy, na język kupującego. Algorytm ten bazuje na uczeniu maszynowym, które z kolei analizuje przypadki przekładu danych zdań i wyrazów w całej sieci. Nic dziwnego, że trafia także na nieodpowiednie słowa. Jednym z nich jest osławione słowo na „n”, a więc obraźliwe określenie osoby o czarnej skórze. Takie słowo pojawia się przy tłumaczonym z języka chińskiego opisie figurek w czarnym kolorze, ale też wielu innych przedmiotów. Jak tłumaczą badacze, wynika to z faktu, że algorytmy zapuszczają się w przeróżne miejsca w sieci, wśród których są ogromne agregaty ludzkich myśli, jak Reddit, a także strony z pornografią i różne niszowe fora internetowe. Mając tak ogromną bazę danych, nie sposób nie trafić na treści obraźliwe, nie tylko rasistowskie. Także w polskiej wersji językowej można natrafić na wiele "niefortunnych" tłumaczeń, które można uznać za obraźliwe, jak chociażby przykład poniżej: Foto: Błędne tłumaczenia, mogące być odbierane jako rasistowskie, znajdziemy także w polskiej wersji Amazona ”Muzułmanin strzela” Powyższy problem jest mocno dokuczliwy w przypadku modeli językowych, także tych najbardziej zaawansowanych, jak GPT-3. W dużym skrócie jest to program do generowania zdań, których sens i gramatyka będzie możliwie zbliżona do ludzkiej. GPT-3 może wypowiadać się na zadane tematy, dokańczać zdania, albo nawet pisać całe wiersze i opowiadania w formie i stylu, który mu zaproponujemy. Sam bazuje oczywiście na terabajtach danych z książek i… samego internetu. W 2021 r. James Zou z Uniwersytetu Stanforda odkrył, że karmienie GPT-3 informacjami z sieci prowadzi do rezultatów, które można uznać za obraźliwe względem konkretnych grup. Za przykład podał tu możliwe scenariusze dokończenia przez sztuczną inteligencję zdania „Dwaj Muzułmanie weszli do…”. Aż 66 na 100 możliwych zakończeń zawierało wątki przemocy i słowa takie, jak „strzela” i „zabija”. Otwartym pozostawię pytanie, czy jest to oznaka rasizmu sztucznej inteligencji, czy może samych użytkowników sieci… Foto: Prostock-studio / Shutterstock Sztuczna inteligencja w postaci modeli językowych, takich jak GPT-3, to potężne narzędzie, które jednak także bazuje na naszej nauce Niemniej na razie mówimy jedynie o tworzeniu zdań, systemach relatywnie niegroźnych. Gdyby jednak powstała sztuczna inteligencja rodem z „Terminatora”, gotowa zabijać, a opierająca się na stereotypach, które znaleziono w sieci, to obawiam się, że jedyną osobą, która by przetrwała, byłby uwielbiany przez wszystkich Robert Makłowicz. Problem złej analizy danych Afroamerykanie to najzdrowsza grupa etniczna w Stanach Zjednoczonych – taki wniosek wysnuła w 2019 r. sztuczna inteligencja analizująca wydatki na służbę zdrowia w USA. W wyniku tego, osoby białe były widocznie częściej typowane jako pilniejsi kandydaci do badań i leczenia. Nawet jeżeli czarni pacjenci chorowali na dokładnie te same choroby. Skąd ta dysproporcja? I tym razem nie chodzi o to, że komputer i matematyczne wyliczenia są uprzedzone do Afroamerykanów. W zasadzie można by było uznać, że jest wręcz przeciwnie – algorytm uznał ich za potencjalnie zdrowszych i z większą szansą na przeżycie. Problemem jest tu jednak pomieszanie przyczyn i skutków. Na jakiej podstawie algorytm w ogóle doszedł do takich wniosków? Jak udowodniła Milena Gianfrancesco, epidemiolożka z Uniwersytetu Kalifornii, algorytm ujmujący w badaniu 200 mln pacjentów, za jeden z czynników stanu zdrowia brał… wydatki na leczenie. W pewnym sensie logiczne jest założenie, że osoba, która częściej wydaje więcej pieniędzy na leczenie, jest znacznie bardziej chorowita od tej, która u lekarza jest rzadziej i wydaje mniejsze pieniądze. System nie brał jednak pod uwagę, że wielu przedstawicieli mniejszości nie chodziła do lekarza ze względu na brak ubezpieczenia i pieniędzy. Foto: Phonlamai Photo / Shutterstock Czy sztuczna inteligencja na pewno będzie popełniać mniej błędów niż człowiek? To ważne pytanie w kontekście dopuszczenia jej do decydowania o życiu i śmierci pacjentów W wyniku tak złego zaprojektowania systemu wiele osób nie dostawało potrzebnego im leczenia tylko dlatego, że wśród przedstawicieli ich grup etnicznych było procentowo więcej osób ubogich i bez ubezpieczenia. Problem predykcji poprawności Częścią problemu są też algorytmy same w sobie, które próbują zmaksymalizować trafność wyników. Jeżeli jakieś zwroty, zdania, wyrażenia pojawiają się widocznie częściej niż inne, algorytm może się ku nim przychylać. Widać to np. w przypadku wyszukiwań w Google, które często proponuje nam wyniki na zbliżone zapytania, jeżeli jest ich zdecydowanie więcej. Ma to pomóc np. w przypadku literówek, ale często prowadzi do sytuacji, które mogą kogoś urazić. Mniej niż 20 proc. biograficznych wpisów na Wikipedii dotyczy kobiet. Oznacza to, że wyszukując informacje jakiejś historycznej postaci, istnieje czterokrotnie większe prawdopodobieństwo, że chodzi nam o mężczyznę. Dlatego, jeżeli wpiszemy „Stefania Nowak” (przykład wymyślony), algorytm wyszukiwania może nas poprawić, pytając, czy przypadkiem nie chodziło nam o frazę „Stefan Nowak”. Foto: Google Algorytmy predykcyjne starają się przepowiedzieć najczęściej wyszukiwane frazy Czy to seksizm? Poniekąd. Nie jest nim na pewno sam wynik wyszukiwania, ale już samo założenie, że najpewniej szukamy mężczyzny, a nie kobiety, może być przez niektóre osoby odbierany jako dyskryminacja. Podobny przypadek, związany jednak z rasą, miał miejsce w 2010 r. i został szybko naprawiony przez Google. Otóż po wpisaniu frazy „biały mężczyzna ukradł mi samochód”, algorytm odpowiadał propozycją „czarny mężczyzna ukradł mi samochód”. Problem złego odbioru właściwych wyników Problemem może być jednak fakt, że jako nieodpowiednie mogą jawić się dane czysto statystyczne. W takiej sytuacji nie należy ich jednak ignorować, przyklejając łatkę rasistowskich, a znaleźć podłoża tego problemu i szukać ich rozwiązań. Przykładów nie trzeba wcale doszukiwać się na siłę. W Stanach Zjednoczonych przynajmniej od dekady pracuje się nad algorytmami predykcyjnymi, które miałyby przewidywać „najgorętsze” miejsca, a więc takie o najwyższej szansie na zgłoszenie przestępstw. Foto: Materiały promocyjne filmu "Raport mniejszości" (2002), reż. Steven Spielberg Predykcja przestępstw była głównym wątkiem filmowego hitu "Raport mniejszości" z 2002 r. Ich celem była walka z oskarżeniami o rasizm. Te płynęły ze strony społeczności, skupiony wokół mniejszości etnicznych, głównie Afroamerykanów i Latynosów, gdzie wysyłano widocznie więcej patroli policji, niż do pozostałych dzielnic. Same mniejszości uznawały to za przejaw rasizmu i uprzedzeń, a wręcz prowokacje ze strony policji. Wskazywali, że policja specjalnie wysyła tam swoje oddziały, by zwiększać napięcia społeczne. W 2016 r. jeden z takich algorytmów – nazwany PredPol – działał w Oakland. Na podstawie liczby wezwań policji, przewidywał on miejsca, gdzie spodziewane są kolejne, by tam wysyłać patrole. Okazało się, że wyliczenia wskazywały… dokładnie te same dzielnice zamieszkiwane przez mniejszości. Wszystko dlatego, że rzeczywiście dochodziło w nich do największej liczby przestępstw. Ba, PredPol wysyłałby policjantów w tamte miejsca znacznie chętniej. Zanim jednak postawi się znak równości między przestępcami i mniejszościami w Stanach, trzeba zrozumieć przyczyny takiego stanu rzeczy. Wszak biedniejsze dzielnice z wysoką przestępczością znajdziemy na całym świecie, także tam, gdzie nie mieszkają osoby pochodzenia afrykańskiego, ani Latynosi. Wszystko wynika z uwarunkowań, które często dyktowane są historią. Foto: Gorodenkoff / Shutterstock W Polsce rodziny o pochodzeniu chłopskim, których przodkowie często osiedlali się na wsiach i zajmowali się rolnictwem, będą miały średnio mniejsze majątki i niższe wykształcenie. Brak pieniędzy i dostępu do edukacji, w połączeniu ze środowiskiem o podobnej budowie, może prowadzić do zwiększenia się podatności na różne patologie – przemoc, alkoholizm, skłonności przestępcze. Podobnie sprawa ma się także w Stanach Zjednoczonych. Nie ilość melaniny w skórze czy państwo wpisane w paszport jest tu kwestią decydującą. Chodzi o kwestie z przeszłości, które sprawiły, że konkretne grupy znalazły się w gorszym położeniu, a dziś mają mniej perspektyw na poprawę swojego stanu, jednocześnie nakręcając się przez podobną sytuację całego sąsiedztwa. Tak, w tych dzielnicach jest większa szansa na przestępstwo, ale rozwiązanie tego aspektu wychodzi daleko poza wysyłanie tam większej liczby policyjnych patroli. Komputer „widzi” rasę – nie ma zgody, czy to dobrze Jednym z najbardziej kontrowersyjnych tematów, łączących sztuczną inteligencję i postrzeganie ludzi w kategoriach rasy, jest to, czy powinniśmy dążyć do całkowitego pomijania tematu rasy w ujęciu sztucznej inteligencji. Mówiąc prościej – czy chcemy nauczyć maszynę pomijania kwestii rasowych tak, by jakiekolwiek różnice nie miały znaczenia. Okazuje się bowiem, że kwestia ta nie jest taka prosta. Jasne, w przypadku wyboru np. kandydata do pracy rasa nie powinna odgrywać roli. Z drugiej strony są przypadki, gdy dostrzeganie takich różnic może… ratować życie. W 2022 r. naukowcy z Uniwersytetu Harvarda i MIT dokonali zaskakującego odkrycia. Okazało się bowiem, że sztuczna inteligencja potrafi z 90-procentową skutecznością odgadnąć zadeklarowaną rasę człowieka na podstawie… prześwietleń klatki piersiowej i kończyn. Pojawia się jednak jeden problem – sami badacze nie są do końca pewni, jakie czynniki komputer bierze dokładnie pod uwagę. Foto: OZMedia / Shutterstock Sztuczna inteligencja jest w stanie rozpoznać rasę pacjenta na podstawie prześwietleń klatki piersiowej Wykorzystując obrazy z prześwietleń klatki piersiowej i kończyn, a także tomografii komputerowej klatki piersiowej oraz mammografii, zespół przeszkolił model głębokiego uczenia się, aby ta identyfikowała jedną z trzech ras pacjenta: białą, czarną lub azjatycką. Wszystko to pomimo faktu, że same obrazy nie zawierały żadnych wyraźnych wskazań na rasę pacjenta. W połączeniu z informacjami, o których pisałem wcześniej w tym artykule, a więc wysyłaniem na leczenie częściej białych pacjentów, takie rozróżnianie może prowadzić do kolejnych błędów i krzywd. Z drugiej strony, jak wskazuje Emma Pierson z Uniwersytetu Cornella, da się to wykorzystać także w służbie dobrym celom. Podaje ona przykład chronicznych bólów kolan, które nieproporcjonalnie częściej występują u osób rasy czarnej, a których źródła są bardzo często pomijane przez lekarzy i radiologów na prześwietleniach. Rozpoznanie rasy przez komputer może zwiększyć szansę na wykrycie źródła takiego problemu w odpowiednim momencie. ”To nie broń zabija…” Algorytmy sztucznej inteligencji, podobnie jak broń, widelec lub koparka, same w sobie są wyłącznie narzędziami. Pozostawione same sobie nie zrobią nikomu krzywdy. To sposób ich wykorzystania może mieć lepsze lub gorsze konotacje. Podobnie, jak każdym z wymienionych na wstępie akapitu przedmiotów możemy wykonać dobre uczynki, tak samo możemy nimi krzywdzić innych. Foto: Lidiia / Shutterstock Tylko od nas zależy, jaką wersję sztucznej inteligencji będziemy chcieli stworzyć Najważniejszą kwestią pozostaje chyba wspomniana już przeze mnie celowość tworzenia sztucznej inteligencji. Czy ma być maksymalnie zbliżona do człowieka i posiadać jego wszystkie wady, czy może ma być bytem doskonalszym i bardziej obiektywnym? Pytanie też, czy na jakikolwiek obiektywizm w stosunku do nas samych także jesteśmy gotowi? Czy sztuczna inteligencja jest rasistowska? Jeżeli bazuje na stereotypach, których ją wyuczymy, to taka właśnie będzie. Bez dokładnego rozumienia kontekstu pewnych zjawisk, trudno będzie tworzyć SI, w stosunku do którego nie będą padały zarzuty z różnych stron.
Zastanawiałeś się kiedyś, co może kogoś skłonić do zabicia się? Co sobie myśli samobójca? Co czuje? Pewnie każdy samobójca to inna historia, ja opiszę tylko jedną. A właściwie kilka historii, ale jednej Osoby. Osoby ogarniętej chorobą afektywną dwubiegunową, w skrócie ChAD. Co się takiego stało, że chciałaś się zabić – takie pytanie najczęściej słyszy ta Osoba po kolejnej próbie samobójczej. Co się takiego stało? Nic. I teraz szok i niedowierzanie, coś przecież musiało się stać! Ano nie. Samobójstwo to nie zawsze jest odpowiedź na największą tragedię życia. Samobójstwo czasem jest ucieczką od tego życia jako takiego. Po prostu. Życie potrafi boleć. Tak mają ci, którzy cierpią na depresję. Ale w samej depresji trudno cokolwiek zrobić. Nawet zabić się trudno. Uwierzcie, że zabicie się wcale nie jest takie łatwe. Jest wręcz bardzo trudne. Jakaś taka wewnętrzna nasza wola życia sprawia, że nie zawsze podcięcie żył kończy się śmiercią. Nie zawsze powieszenie się skutkuje zgonem. Nie zawsze połknięcie tony tabletek ma tragiczny finał. Niektórzy próbują się zabić wielokrotnie. Jak nasza Osoba. Najpierw próbowała sobie podciąć żyły, ale zrobiła to zbyt płytko. Po tej próbie trafiła do psychiatry początkowo z diagnozą: depresja. Dostała leki psychotropowe i miała już czym próbować zabić się kolejny raz. I kolejny. I kolejny. Choroba naszej Osoby w końcu została zdiagnozowana jako choroba afektywna dwubiegunowa. Czyli co? Czyli kilka stanów, które najoględniej możemy nazwać dołem i górką. Dół to depresja, górka to mania, czyli okres podwyższonego nastroju (ale nie szczęścia, tylko większej energii), a do tego hipomania (taka nie-do-końca mania) i stany mieszane. I to by się zgadzało – w samej depresji nie była ona w stanie spróbować samobójstwa, choć o nim rozmyślała. Myślała o tym, że życie jest beznadziejne, że ona jest beznadziejna, że nic już nie ma sensu. Nie myślała o bliskich, rodzinie, dzieciach. Nie myślała o nikim, tylko o sobie. Bo samobójstwo to wyjście bardzo samolubne. Ale zrozum: tak jej myśleniem owładnęła choroba. W głowie tylko jedna myśl: zabić się. W ciele tylko ból (tak, ciało przy depresji potrafi boleć! Życie boli!). I niemożność odczuwania czegokolwiek poza tym bólem. Samobójstwo, gdy raz mu się otworzy drzwi, staje się trudnym do wykwaterowania lokatorem – napisał Bernard Miner. I miał rację. Pierwsza próba pociąga kolejne. Śmierć staje się pragnieniem, które przy poczuciu beznadziejności staje się jedynym logicznym wyjściem dla osób pogrążonych w depresji. Dla naszej Osoby depresja wiąże się z całkowitym pozbawieniem możliwości podejmowania decyzji – trudno jej ubrać się, bo nie może zdecydować, które majtki założyć. Jednak decyzja o samobójstwie już zapadła. Teraz trzeba tylko poczekać, aż przyjdą siły, aby myśli wcielić w czyn. Te siły przychodzą z hipomanią. Albo z hipodepresją (nie ma takiego terminu, ale on jest najbardziej tu odpowiedni). Siły są, myśl jest, teraz czyn. Czy Osoba boi się śmierci? Nie. Boi się życia w dalszym bólu. Boi się tego uczucia, gdy dusza boli. To jakby ktoś Ci wyrywał serce. A może nawet już wyrwał? I została pustka. W życiu Osoby nie zdarzyło się nic traumatycznego (przynajmniej przy większości prób). To po prostu był pęd ku śmierci. A kiedy później zdarzyło się coś strasznego, samobójstwo okazało się szybkim sposobem na poradzenie sobie z tym. To ten trudny do wykwaterowania lokator. Siedzi w głowie, w sercu, w duszy. I mówi: „Zrób to, nie ma innego wyjścia!”. Śmierć pociąga, śmierć woła, wzywa. Śmierć zdaje się być wybawieniem… Były dwie siostry: noc i śmierćŚmierć większa, a noc mniejszaNoc była piękna jak sen, a śmierćŚmierć była jeszcze piękniejsza. – Konstanty Ildefons Gałczyński, Ballada o dwóch siostrach Czy można w końcu tego tak chcianego lokatora wyrzucić z serca i umysłu? Tego nie wiem. Nie wiem, czy Osoba znów nie sięgnie po ostateczne rozwiązanie, ale mam gorącą nadzieję, że nie.
czy mogę się zabić